Link 25.08.2006 :: 16:37
Staje w kacie, obok starego drewnianego lustra, ktore zdobi, modernie urzadzony pokoj. Jest jedynym elementem, majacym wiecej niz rok... wszytsko jest takie nowe. Lustro zdaje sie przeslaniac, wszystkie piekne oraz drogie meble, swoja klasa. Jednak boje sie w nie spojrzec. To lustro jest starsze ode mnie, przezylo, widzialo duzo wiecej. Boje sie spotkac z przeszloscia... jest dla mnie przerazajace, niczym morze dla starszego czlowieka. Siadam na czerwonej kanapie, sacze martini w swojej czarnej sukni. Wlaczam telewizor... stary francuski film. Czuje sie niczym gwiazda, ktora zbudowala sobie nowy swiat, wedlug wlasnych zasad. Jednak lustro za chwile przypomina mi, kim jestem... przedstawia moj obraz za kilkadziesiat lat... stara, pomarszczona... sprochniala. Stoje samotnie z tym samym martini, suknia stala sie za dluga, piersi stracily swoj ksztalt... na sciana wisza zdjecia, wszystkie meble sa juz takze stare. Na stole stoja tulipany. Ogarnia mnie samotnosc... nikt nie stoi obok mnie... Wszystko sie zmienilo, nabralo dumy, spokoju... tylko ja... dalej niewyzyta, spragniona ryzyka. Nie za stara jestem na takie pragnienia? Musze zbic to lustro, wyrzucic z mojej pamieci i kupic nowe... moze w nim ujrze inne odbicie siebie!
Owijam sie klamstwem jak kocem w srodku zimnej nocy. Popadlam w taka melancholie i paranoje, ze zasuszam prawde i wieszam na scianie. Coraz mnie mniej, nikne w oczach. Kolejny raz nie potrafie przekonac samej siebie, ze nalzey sie odzywiac. Z obrzydzenie spogladam, na wszelkie rodzaje pokarmu. Spadam w dol, z wlasnej woli. Jestem nienormalna z wyboru. Kazdy psychiatryk powinien o mnie walczyc. Wbijam we wlasna skore fioletowe paznokcie, rysuje nimi na sobie krzyze. Papierosem wypalam dziury, kazda z nich to moja kolejna slabosc. Moje ulotne mysli, odeszly wraz z dymem kolejnej paczki nikotyny. Mozg zamknal sie i nie przyjmuje zadnych nowych doznan. Spuszczam swoja krew do butelek i stawiam na polkach. Wyszywam swoja marnoscia oltarze dla zblakanych artystow. Chodze po wlasnych lzach, zbieram zdechle muchy i karmie nimi swoje pajaki, zyjace w mojej glowie. Przechylam glowe na bok, aby przyjzec sie innym istnieniom, po czym odwracam z wstretem wzrok. Biegne ciemna ulica, przewracajac cienie ludzi. Ludze sie, ze kiedys poznam w ktoryms z nich swoj wlasny. Czy tak wyglada koniec? Przerazliwa wizja, wienczaca moje marne zycie. W bialej sukience, z piaperosem w jednej dloni i kieliszkiem w drugiej, umre wewnetrznie...
Jak trafnie okreslic, jedno slowo, ktore zabija miliony wspomnien, zabiera wszelka nadzieje, zdmuchuje plomiec, ktory jest dla nas wszystkim? Nieumiejetnie sklejam zdania, z porozrzucaych po calym pokoju slow, skladam obrazy w pamieci w jeden film, tamtego wieczoru. Twoje dlonie, moje usta, nasze spragnione dotyku ciala, spojrzenia pelne pozadania i slowa raniace. Wszedzie mnostwo krwi, naszej krwi, naszego czasu, naszych dusz! Wypalam ostatniego papierosa zanim odejde na zawsze. Ostatni raz spagladam na Ciebie. Nie znajduje juz w Tobie odbicia swojej duszy, teraz jest to zbite lustro, ukazujacy karykaturalny obraz mnie. Czerwone paznokcie stracily swoj kolor, zmeczone usta przestaly mowic, oczy nie maja juz sily patrzec na swiat. Moment krytyczny, plytki oddech, chwila przerazenia i koniec. Strzelam! Tak zakoncze te krotka historie o nas. Zedre z siebie resztki Twojego oodechu, powiesze na krzyzu Twoje slowa przypominajace Jezusa. Kwiaty na biurku juz zwiedly, kazdy z nich byl od Ciebie. Suszylam je i pielegnowalam, spogladalam z zachwytem. Teraz je wyrzucam. Niech zgnija razem z innymi starymi, niepotrzebynymi rzeczami. Tak ukochany- swiat bywa okrutny! Zabija nie patrzac na nic, rani bo lubi, przeraza, bo chce! Miotasz sie, glupi czlowieku, miedzy samym soba, pociagasz kolejne sznurki, z nadzieja, ze z gory spadnie szczescie. A tutaj kolejny kamien, przygniata Cie. Nie masz juz sily na kolejny gest rozpaczy, ktorym jest powstanie. Rewolucja duszy juz wiecej nie nastapi. Oddalismy zycie za idee posluszenstwa samym sobie, stracilismy wszystko na wlasne zyczenie. W glowach slychac juz tylko glupi smiech. Reszta jest milczeniem, jakze wymownym milczeniem, pustka.
Ksiega Gosci
add